Tajna broń: to język - LaVie
czerkawski-3czerkawski-2czerkawski-1

Tajna broń: to język

TEKST: JANSSON ANTMANN
ZDJĘCIA: MICHAŁ ZAGÓRNY

 

Cały świat to scena,
A ludzie na nim to tylko aktorzy.
Każdy z nich wchodzi na scenę i znika,
A kiedy na niej jest, gra różne role.
Źródło: Jak wam się podoba? akt II, scena 7
– William Shakespeare

 

Mariusz Czerkawski grał już wiele ról: sportowy champion, reprezentant Polski, biznesmen, autor, wreszcie mąż i ojciec. Współczesny człowiek renesansu: obywatel świata i dziecko szczęścia. Symbol siły i wytrzymałości. Mimo niesprzyjających warunków, w jakich przyszło mu dorastać, osiągnął to, o czym nawet najbardziej zapalony hokeista w tym kraju mógłby tylko pomarzyć. Ma w swoim arsenale tajną broń: potrafi łamać wszelkie bariery… komunikacyjne.

 

Jest pan sportowcem, ale i celebrytą. Jak w Polsce odbierana jest taka osoba? Czy zdarzało się, że czuł pan na sobie presję związaną z pracą?
Presja, którą czułem na sobie jako zawodnik, była zupełnie inna niż teraz. Jako sportowiec nie miałem specjalnie czasu na jakieś wyjścia, premiery, imprezy, pokazy mody. Myślę też, że w Polsce jest to raczej negatywnie odbierane przez kibiców. Inaczej niż w Anglii czy Kanadzie, gdzie sportowiec rzeczywiście jest celebrytą. Kiedyś w Polsce sądzono, że sportowcy to nieuki i darmozjady, zajmują się sportem, bo nic innego im nie wychodzi. Ostatnio to się zmienia. Tacy sportowcy jak Lewandowski, Szczęsny są gwiazdami, ale też wiele osiągnęli. Tych ludzi rzeczywiście się podziwia, daje za przykład. Powoli doganiamy świat pod tym względem.

Skąd czerpał pan inspiracje?
Urodziłem się w mieście, gdzie nie było lodowiska, w Radomsku. Jednak miałem szczęście, bo ojciec dostał pracę w fabryce małego fiata w Tychach i przenieśliśmy się tam. Kiedyś zabrał mnie na mecz hokejowy. Zakochałem się w tej dyscyplinie. Podobała mi się dynamika gry, jazda na łyżwach, ciągłe zmiany akcji, fizyczność tej gry, opanowanie krążka. Hokej jest najszybszą grą zespołową na świecie. Poprosiłem mamę, by zapisała mnie do szkółki i w wieku 11 lat zacząłem trenować. Marzyłem, żeby zostać zawodowym hokeistą. To były lata 80. więc raczej NHL nie wchodziło wtedy w grę. Jeździło się w dziurawych rękawicach, wszystko trzeba było samemu załatwiać. Słyszałem o Waynie Gretzky’im, który wtedy był najlepszym zawodnikiem, ale oczywiście nigdy nie widziałem, jak gra, nie było przecież Internetu ani YouTube… Gdzieś udało mi się zdobyć jego plakat. Trzeba więc było szukać inspiracji na własnym podwórku. Najbardziej wpłynął na mnie Henryk Gruth, czterokrotny olimpijczyk, świetny zawodnik. Strasznie podobała mi się jego gra, chociaż on był obrońcą, a ja grałem na pozycji napastnika. Ceniłem jego technikę, opanowanie, spokój na lodzie. Był dominująca postacią w drużynie GKS Tychy, grał też w reprezentacji Polski. Kiedy miałem 16 lat i debiutowałem w drużynie seniorów GKS-u Tychy w Ekstraklasie, miałem przyjemność z nim grać. Był 16 lat starszy ode mnie… Grałem u boku mojego idola! Do dzisiaj jesteśmy przyjaciółmi. W dodatku, kiedy grałem w Szwajcarii, mieszkaliśmy obok siebie. On był trenerem w Zurychu, ja grałem w Rapperswil-Jona Lakers.

Wciąż żywe są w tobie wspomnienia lat 80. w Polsce. Żyjąc w takich czasach, ma się z pewnością olbrzymie oczekiwania wobec Zachodu. Jakie były twoje? Czy kiedy już odkryłeś Zachód, nie było rozczarowania?
Zachód to było dla mnie coś niebywałego, niesamowitego. Zdarzały mi się co jakiś czas pojedyncze wyjazdy na mecze do Kopenhagi, Holandii. W 1991 roku wylądowałem w Sztokholmie i był to dla mnie szok. Przyjechałem w szerokich dżinsach, myśląc, że są cool, a wyglądałem jak dziwoląg.
Wygląd galerii handlowych, najnowsze samochody w sklepach, wykładzina w szatni hokejowej i brak zapachu potu, owoce i lunche dla zawodników: makarony, ryby, risotto, nie tylko schabowy. Ludzie, którzy mają telefony komórkowe i biorą pieniądze z bankomatu.

 

Pełna wersja artykułu