Kolory historii - LaVie
starsky-ok

Kolory historii

Tekst: Jansson J. Antmann
Zdjęcia: Michał Zagórny

 

Podczas spotkania z Allanem Starskim natychmiast uderza jedna rzecz. Jak niesamowicie skromną jest on osobą.  Laureat Oscara bardzo sobie ceni nagrodę Stowarzyszenia Autorów Zdjęć Filmowych (PSC) za całokształt twórczości  albo to, że miał szczęście odtworzyć swoje dziecięce wspomnienia w scenografii sztuki poświęconej pamięci ojca,  Ludwika Starskiego. Wytwórnia piosenek została wystawiona na deskach Teatru Powszechnego w Łodzi. Zeszłoroczna premiera połączona była z uroczystością odsłonięcia gwiazdy Allana Starskiego na ulicy Piotrkowskiej.  Spotykamy się, by porozmawiać o tym, co lubi w życiu najbardziej – o jego pracy.

 

Jaka jest różnica między filmem a teatrem?

Olbrzymia. Po pierwsze teatralna publiczność ma świadomość obcowania z dekoracją ustawioną na scenie. Ma świadomość, że jest umowna, a to daje scenografowi swobodę działania. To jak kontrakt między twórcą a widzami, co daje uprawnienie do tego, by przekonać ich do swojej wizji. Z kolei na kinowym seansie publiczność musi uwierzyć w bohaterów i ich historie. Aby uwierzyć w bohatera, musisz wierzyć, że należy on do prawdziwego świata. Nawet jeśli jest to film science fiction, musi wyglądać realistycznie, aby by być przekonującym.
Pierwsze kroki robiłem w filmie, nie w teatrze, chociaż, śmieszna sprawa, nie studiowałem ani tego, ani tego. Skończyłem Wydział Architektury Wnętrz na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych ze specjalizacją w projektowaniu wystaw i targów. Ale mój ojciec był reżyserem i scenarzystą. Dorastałem w domu, gdzie zawsze dyskutowało się o filmach i poznałem wielu ludzi związanych z branżą filmową. A jednak pracowałem w obu tych branżach. Skala! Różnica tkwi w skali. Teatr to luksus. Tworzysz scenerię, oczywiście przedyskutowaną najpierw z reżyserem. Tu projektuję nie tylko dekoracje, ale i oświetlenie. Chodzę na wszystkie próby, dyskutuję z aktorami, jestem więc prawdziwym artystą. W filmie nie tylko muszę być artystą, ale też dobrym rzemieślnikiem i organizatorem, bo, zwłaszcza w większych produkcjach, trzeba zarządzać zespołem ludzi, który buduje scenografię. Są to moi asystenci, dekoratorzy i wiele innych ludzi, którzy ze mną współtworzą scenografię. Robienie filmu to jak kierowanie dużym przedsiębiorstwem. Zauważyłem, że scenografowie, którzy mają tylko doświadczenie w teatrze, zwykle potrzebują pomocy, kiedy wkraczają w świat filmu, bo nie są przyzwyczajeni do ogromu dekoracji, którą trzeba stworzyć. W teatrze zwykle mamy dwie albo trzy zmieniające się dekoracje. W jakimkolwiek filmie jest ich 40, 50, a nawet setka.

 

Co więc te dwa światy mają wspólnego?

Kiedy uczysz się, by zostać scenografem, niezależnie od tego, czy w filmie, czy teatrze, musisz wiedzieć, jak zapełnić przestrzeń ścianami i przedmiotami, ale przede wszystkim – jak rysować i jak robić szkice i rysunki, by były łatwo zrozumiałe dla reżysera, operatora obrazu i często producenta. Kiedy już raz wejdzie się do tego biznesu, trzeba się wszystkiego uczyć w praktyce. Prowadzę wiele warsztatów dla studentów i widzę, że dzisiaj nie mają oni tak dużej wiedzy, jaką miałem ja, kiedy zaczynałem pracę w filmie. Może są bardziej wyspecjalizowani w teorii o produkcji filmowej albo telewizyjnej, ale wiedza o tym, jak pracować w tej branży, to coś, co można zdobyć tylko w praktyce.

 

To przypomina mi, kiedy spotkałem legendarnego scenografa czeskiego Josefa Svobodę. Pamiętam, że miał obsesję na punkcie tego, jak ktoś trzyma ołówek…

Tak, rysunek, to jest klucz do zawodu… To niesamowicie ważne. Komputery czy obrazy generowane komputerowo – to wszystko jest wtórne. Kiedy asystenci albo absolwenci Akademii pokazują mi swoje portfolio, zawsze patrzę, w jaki sposób opisują swoje prace, patrzę na liternictwo, bo ono pokazuje, czy są sprawni w rysunku, czy nie. Możesz mieć własny styl, ale ze sposobu pisania wynika, czy czujesz się pewnie w rysunku, czy nie.

 

Pełna wersja artykułu