Muzyka wytycza drogę - LaVie
ok0

Muzyka wytycza drogę

W 1975 roku Jacek Kaspszyk był świeżo po studiach, kiedy zadebiutował w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie, dyrygując mozartowskim Don Giovanni. Rok później został zaproszony do Deutsche Oper und Rhein w Düsseldorfie, a w następnym roku zajął trzecie miejsce w prestiżowym konkursie dyrygenckim Herberta von Karajana. Dzięki temu zadebiutował w Berlinie i dyrygował w New York Philharmonic w 1978 roku. Od tego czasu jego kariera wiodła go po świecie. Obecnie jest dyrektorem Filharmonii Narodowej w Warszawie. Rozmawiamy z nim o tym, jak muzyka łączy ludzi i o jej edukacyjnej roli w życiu dziecka.

 

Tekst: Jansson J. Antmann

 

Gdzie najbardziej czujesz się jak w domu?
Gdziekolwiek skierowała mnie moja kariera. Przez ponad trzydzieści lat żyłem w Londynie, chociaż moja orkiestra znajduje się w Warszawie. To miasto wypełnione wspomnieniami i czuję się tu tak samo w domu, jak w Londynie. Moja praca ciąga mnie po całym świecie i nigdy nie mam poczucia tęsknoty za domem. Miło mieć wokół siebie miłych ludzi, gdziekolwiek się jest.

Nawet tak daleko jak Australia czy Nowa Zelandia?
Oczywiście. Byłem raz w Australii z Europejską Orkiestrą Kameralną, a w Nowej Zelandii dwa razy. Po raz pierwszy z Narodową Orkiestrą Nowej Zelandii zwiedziliśmy cały kraj. Wspaniale było doświadczyć zimy w lecie. Za drugim razem zatrzymałem się w Wellington. Każdy wyjazd zostawia niezapomniane wrażenie.
Uwielbiam owoce morza i wciąż pamiętam smak nowozelandzkich ryb tak, jakbym jadł je wczoraj. Te odległe, czyste i nieskażone wody to chyba coś jedyne w swoim rodzaju i chyba ostatnie na świecie.

 

 

Jak przygotowuje się pan do wyjazdu do innego miasta, do spotkania z inną kulturą?
Tak samo jak do koncertu tutaj. Wszystko jest zaplanowane z dużym wyprzedzeniem. Wszystko zależy od systematycznej nauki i przygotowania się do dyrygowania koncertami, które odbędą się rok, dwa lub nawet trzy lata później. To prawda, że ​​kultury różnią się między sobą i zawsze gra się dla innych ludzi, ale w rzeczywistości publiczność w dużej mierze jest podobna. W czasach globalizacji, natychmiastowego dostępu do informacji oraz wymiany kulturalnej, co tworzy jednolitą kulturę globalną, kontakt z ludźmi jest podobny, niezależnie od tego, czy jestem w Chinach, Japonii czy Stanach Zjednoczonych.

Niedługo wybiera się pan do USA ze swoją orkiestrą z Filharmonii Narodowej w Warszawie.
Czy wewnętrzny proces przygotowania się do roli gościnnego dyrygenta z inną orkiestrą jest inny?
Oczywiście. Kiedy podróżuję sam i mam koncert w Nowym Jorku, Londynie czy Moskwie, muzycy nie mają już tej oryginalności, świeżości, jaką mieli trzydzieści lat temu. Dzisiaj, na przykład, muzycy z Chin studiują w Londynie lub w Juilliard School w Nowym Jorku. W rezultacie nawet metody prób zostały ujednolicone.

 

Pełna wersja artykułu