Człowiek polityki - LaVie
Baczynski-2

Człowiek polityki

Jerzy Baczyński, dziennikarz, od 1994 roku redaktor naczelny najstarszego polskiego tygodnika opinii Polityka. Prezes Spółdzielni Pracy Polityka, obecnie spółka komandytowo-akcyjna. Przeprowadził tygodnik przez lata transformacji ustrojowej i gospodarczej, budując niezachwianą i wyjątkową pozycję pisma na polskim rynku prasy. Z okazji 60-lecia istnienia Polityki rozmawiamy o historii, polskiej inteligencji, nastrojach populistycznych i dumie z wykonywania zawodu dziennikarza.

 

Tekst: Barbara Grabowska
Zdjęcia: Leszek Holf-Zych

 

Do zespołu Polityki dołączył pan w 1984 roku. Jakie to były czasy?
Moje przyjście do Polityki było powrotem do zawodu po latach przerwy. Zacząłem pracę jako dziennikarz w nieistniejącym już dzienniku Życie Warszawy. Tam zastała mnie Rewolucja Solidarności. Kilka dni historycznego Sierpnia 1980 spędziłem wśród strajkujących robotników w Stoczni Szczecińskiej. Widziałem z bliska pamiętne negocjacje, narodziny związku, a przede wszystkim, trudny dziś do przekazania, zmieszany z lękiem entuzjazm. Robiłem wywiady z przywódcami strajku; nic się nie ukazało. Po powrocie, z grupą kolegów – a miałem wtedy dwadzieścia parę lat – powołaliśmy, rzecz jasna, komitet strajkowy, zaczęliśmy zbierać postulaty załogi. Wierzyliśmy, że odnowa solidarnościowa doprowadzi do zmiany i w kraju, i w prasie. W 1981 wyjechałem na roczny staż do Francji, z solidnym zamiarem studiowania doświadczeń tamtejszych związków zawodowych i wolnej prasy.

Był pan w Paryżu, gdy w Polsce rozpoczął się stan wojenny?
Tak, to był zwrot również w moim życiu. W Paryżu, to był naturalny odruch, zaangażowałem się w pracę Komitetu Koordynacyjnego Solidarności we Francji; zastanawiałem się, jak niemal wszyscy z Komitetu, czy zostać na stałe za granicą, czy wracać. W Polsce miałem rodzinę, dzieci, ale z kolei pracując we Francji, byłem ostoją materialną dla nich. Kiedy skończyłem staż, imałem się różnych zajęć, pracowałem jako stróż nocny na budowach, kierowca półciężarówki. Potem żona z dzieckiem dołączyli do mnie; myśleliśmy o emigracji do Kanady. Jednak im bardziej wsiąkałem w uchodźcze środowisko, tym mniejszą miałem ochotę, żeby zostać tam na zawsze. Wiedziałem, że jakąś pracę za granicą znajdę, ale szkoda mi było rzucić pisanie. Zresztą w Polsce pozostali niemal wszyscy moi przyjaciele, byłoby to w pewien sposób nielojalne, gdybym dał nogę.

I wrócił pan…
Tak. Z kłopotami. W Polsce straciłem prawo wykonywania zawodu. Moi koledzy dziennikarze rozpierzchli się po różnych, raczej niszowych, tytułach. Słabo to wyglądało. Znalazłem pracę w warsztacie krawieckim. Nie to, że umiałem szyć! Nauczyłem się kroić skóry nożem mechanicznym według szablonu. Z tych skór szyto potem kurtki, które sprzedawaliśmy na Bazarze Różyckiego. Kilku moich kolegów trafiło wtedy do Polityki. W stanie wojennym redakcja była zamknięta, następnie została reaktywowana. Mieczysław Rakowski, już wtedy bardziej polityk niż redaktor naczelny, załatwił, że jeżeli gazeta – chyba jako jedyna – chciała kogoś zatrudnić, to mogła nawet „negatywnie zweryfikowanych”… Namawiano mnie, żebym zaczął pisać. Jeden tekst, drugi. Z czasem zaproponowano mi etat w dziale gospodarczym. Naczelnym był Jan Bijak, reporter, nie działacz – to był sygnał, że gazeta nie jest już sztandarowym tygodnikiem partyjnej formacji. Cenzurowane były głównie teksty polityczne, poza tym redakcja miała dużą swobodę.

 

Pełna wersja artykułu